Drukuj
Kategoria: Nasz Misjonarz
Odsłony: 314

 

Pierwsza wizyta misyjna w krainie owoców mango

Nowy Rok w regionie naszej nowej misji na Północy Madagaskaru zacząłem typowo po misyjnemu udając się już 2 stycznia z wizytą wiosek położonych głęboko w buszu. Ten poniekąd "nowy" świat przyciąga mnie powodowany zwykłą ludzką ciekawością jak misyjnym zapałem głoszenia Ewangelii. Jesteśmy w miesiącu styczniu. To pełnia zbiorów owoców mango, z którego słynie Północ Czerwonej Wyspy. Po raz pierwszy w życiu mogę objadać się kilkoma rodzajami mango do woli. Tak jak kiedyś lat temu kilkanaście w regionie Pangalana pod dostatkiem było ananasów i bananów tak obecnie tutaj mango.

Klimat wysoce gorący i suchy sprzyja tym owocom którymi można nasycić się do woli na przydrożnie rosnących drzewach. Kiedy jestem podejmowany w odwiedzanych wioskach to deserem są oczywiście te owoce. Odnosząc to do sytuacji duchowej mam ogromną nadzieję, że tak jak drzewa mango potrafią wydać obfity owoc na suchej i spragnionej wody ziemi, tak też Duch Święty potrafi powołać do Bożej owczarni sporo dusz z tego jakże ubogiego i zapomnianego terenu.

Im bliżej realiów spotkania i odwiedzin nowych wiosek, w których brak jeszcze chrześcijan i grup zorganizowanych, tym bardziej odżywa we mnie ten "zew misyjny", który niósł mnie u początku mojego misjonowania na wschodnim wybrzeżu lat temu 25...Czy dzięki łasce Bożej odżyje we mnie ten specyficzny"głód" zakładania nowych wspólnot wierzących? Wierzę i ufam że tak. Mimo wyjątkowych trudności klimatycznych i drogowych oraz związanych z kulturą Tsimiety zaczynam czuć się dobrze. W pierwszych kontaktach stosuję sprawdzoną metodę naszego pierwszego misjonarza werbistowskiego sw. Józefa Freinadenetza...- "język miłości jest pierwszym językiem rozumianym przez wszystkich...". Małe gęsty życzliwości, uśmiechu, pokory i prostoty otwierają serca nieznanych mi dotąd ludzi...I ku memu zdziwieniu w tym regionie na końcu świata gdzieś na odludziu zawsze można spotkać szlachetne "pogańskie dusze" spragnione łaski Chrystusa.. To autentycznie cuda Ducha Świętego!!!

Drugiego stycznia po południu ruszyłem z moimi kolegą malgaskim, księdzem Fidel w nowy dla mnie świat plemienia Tsimiety. Mój towarzysz to nie taki prosty malgasz! W swoim klanie plemienia Tsimiety przeszedł inicjację na rodowego króla bo jest najstarszym w rodzinie. Jednak król królów tj. Jezus Chrystus ma mu więcej do zaoferowania i poszedł za nim...Nikt tak jak on nie potrafi lepiej mnie wprowadzić w życie i kulturę nowego dla mnie plemienia.

Udajemy się do tzw. wioski dekanalnej, Antsirabe Centre, która jest centrum dla kilku okolicznych wspólnot nowych chrześcijan. Dystans wprawdzie nie tak daleki, bo około 30 km,  ale samochodem nawet terenowym trudno przebić się przez błoto i drogowe wyboje. Zatem po raz pierwszy od 20 lat ponownie wskakuje na motor. Ku memu zdziwieniu, wioska centralna w tym regionie nosi tę samą nazwę co moja poprzednia misja na Wyżynie Madagaskaru- Antsirabe Centre....! Tutaj misja katolicka ma swoją szkołę, gdzie uczy się ponad 300 dzieci i młodzieży. Ale liczba uczących się nie pokrywa się z liczbą chodzących do kościoła czy ochrzczonych... Liczba modlących się to kilkadziesiąt osób a kilkanaście tylko może przyjąć sakramenty. Zatem jesteśmy nadal na początku drogi. A co zobaczymy we wioskach obok? Jak się orientuję z powodu braku misjonarzy to teren ten też nie był wizytowany nawet raz w roku...

Po trzech dniach pobytu w centralnej wiosce udajemy się do Ambavaha, małej wiosce na skraju drogi. Wprawdzie to tylko kilka kilometrów na pieszo ale piekielny żar leje się z nieba i wyciskanie z naszych ciał ostatnie litry wody... To ta główna różnica między misją na wschodnim wybrzeżu a tu na północy w głębi wyspy. Gorąc nie do zniesienia...W wiosce czeka na nas około 20 osób zainteresowanych. Na szczęście jest tu już Pani katechetka, która gromadzi wokół siebie kilka osób w niedzielę. To już bardzo dużo jak na realia w tym regionie...Zaledwie 3 osoby ochrzczone... reszta przyszła by posłuchać misjonarzy.
Ksiądz Fidel na swój sposób animuje, trochę chyba za wcześnie na kwestie czysto formalne. Wchodzę mu w słowo i lansuję Kerygmę...No bo to jest istotne! Po co misjonarz przybył i co chce ludziom ofiarować? Czuję że dobrze trafiłem. Wymiana zdań ożywiła się. Nasza katecheza nabrała dynamizmu. Nasza grupa ciekawskich rokuje nadzieję. Czuję że nasze słowo wiary dotknęło ich serca. Idziemy wspólnie patrzeć gdzie ewentualnie można będzie postawić kaplicę. Na miejscu wzywamy Ducha Świętego, który zawsze jest u początku każdej wspólnoty uczniów Jezusa czyli Kościoła. Pierwsza od kilku lat eucharystia z pewnością naznaczy tę wioskę błogosławieństwem i potężniejszym działaniem łaski wiary.

Za dwa dni udajemy się do podobnej wioseczki Ambalafotaka. Dobrze że pora deszczowa opóźnia się to przecinamy sobie drogę idąc poprzez wysuszone pola ryżowe. Tutaj sytuacja duchowa i pastoralna jeszcze bardziej uboga. Katechista leniwy i jeszcze nie ochrzczony...Nie ma niedzielnych wspólnych modlitw liturgicznych. Dwie osoby przygotowują się do chrztu. Msza miała być w domu osoby zamożnej ale ze względu na gorąc zaproponowałem pod drzewem mango...Kiedyś nad Oceanem indyjskim w Pangalanie było pod palmami ,ale tutaj palmy są rzadkie...Około 20 osób uczy się modlić z nami. Słowo Kerygmy otrzeźwia ich z letargu doczesności aby patrzeć dalej i wyżej. ..W grupie chętnych jest i kilku starszych mężczyzn a to dobry znak...

Na dzień święta Chrztu Pańskiego przygotowujemy specjalną wyprawę ewangelizacyjną do wioski Ankivanja. Nigdy tam misjonarz nie przybył. Jest jedna rodzina katolicka i na nich pragniemy się oprzeć, aby założyć nową wspólnotę kościelną. Odległość od naszej bazy około 10 km. Wyruszamy w sobotę z bardzo liczną grupą młodzieży szkolnej oraz wiernymi z okolicznych wiosek. Jest nas około 200 osób. To swoista pielgrzymka ewangelizacyjna oraz wspólnotowe świadectwo wiary. Będziemy o swoim ryżu. Prosimy jedynie o dach nad głową. Młodzież śpiewem i tańcem głosi piękno wiary, obwieszcza Chrystusa.. Dzieje się. To pierwsze wydarzenie tego rodzaju w tej wiosce. By zwiększyć widoczność naszej obecności to odprawiamy mszę pod gołym niebem, prażącym słońcem i pośrodku wioski...

Korzystam z moich wspomnień z Ziemi Świętej i daję świadectwo historyczności Jezusa i Jego boskości. Podniosły nastrój udziela się nam wszystkim. Jesteśmy świadomi że piszemy historię zbawienia tej właśnie wioski i okolicy.
Pierwsza wizyta daje mi porównanie klimatu, kultury, ludzi i krajobrazu. Inny świat, ale i ten świat potrzebuje powiewu Ducha Świętego...Tak przyzywam go gorąco jak kiedyś, aby udzielił znaków mocy wiary że Jezus jest Panem...

W poniedziałek 11 stycznia wracamy do Mandritsara po gorszej drodze gdyż spadł ulewny deszcz. Nasza jazda po błocie, po kamieniach, po dziurach to istny Motokros...W walce z błotem mój sandał zostaje w błocie i gołą stopą naciskam pedał motoru. Boli ale nie mam wyjścia. Noga zsiniała... Tym razem okrężną drogą wracamy, bo poziom rzeki za wysoki. Zmęczony ale szczęśliwy wracam do domu, do Mandritsara. Misja rozpoznawcza zakończona. Wiem już na co mogę liczyć we wioskach dalekiej Północy. Ciekawe że Duch Święty daje nowe spotkania z ludźmi o podobnych sercach już kiedyś widzianych...

Ks. Zdzisław Grad svd Madagaskar